Aurelia przeszła powolnym krokiem wzdłuż mola. Raz po razie
stawiała stopy na oblodzonej powierzchni ciemnych desek, wpatrzona w słońce,
powoli znikające za horyzontem.
Doszła na sam koniec i postawiła plecak, uważając na każdy
swój ruch przeszła na drugą stronę barierki i usiadła na brzegu pomostu.
Machała nogami i patrzyła w lód, próbując dojrzeć wodne głębiny.
Było bardzo zimno. Najzimniej od ponad dwudziestu lat.
Wszyscy siedzieli w domach, nikt nie mógł tędy przechodzić.
A jednak.
Borys ostrożnie przysiadł obok niej.
Milczeli.
- Rozsypuję się – drżącym głosem powiedziała Aurelia.
On nic nie odpowiedział.
- Nie chcę patrzeć, jak umieram powoli, tracąc panowanie nad
samą sobą. Nie chcę biernie patrzeć, jak wszystko się ode mnie oddala.
Największy ból sprawia tęsknota…
- A teraz? Tęsknisz teraz?
- Nie.
- Zrobiłaś wszystko, co miałaś?
- Tak.
- Więc to dobry dzień, by umrzeć – przeniósł spojrzenie na
nią.
Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, po czym spojrzeli na
ostatnie promienie zachodzącego słońca. Dwa obłoczki kryształków ulatywały z
każdym ich oddechem.
Borys zanucił jej ulubioną piosenkę i złapał ją za rękę.
Milczeli.
A ciszę przerwał trzask pękającego lodu i plusk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz